sobota, 11 lutego 2017

Rozdział 1 - Pierwsze Wrażenie





Eternal Valley - Trzy lata później




Kładąc się myślałam, że o poranku obudzi mnie promyk słońca, prześlizgujący się pomiędzy zasłonami, albo może świergot małego ptaka, który wprowadził się do dziupli w pobliskim drzewie...
 Chuja tam! AC/DC - TNT! Na cały regulator! Żebym już o poranku mogła zejść na zawał serca! Oczywiście nie mam nic do AC/DC. Przeciwnie - uwielbiam ich. No ale jednak!
W "świetnym" humorze i z impetem opuściłam przykryte starą pościelą łóżko. Z partyzanta otworzyłam drzwi do mojego pokoju, przeklinając, że wcześniej nie założyłam nic na stopy. Jeszcze bardziej wściekła, skierowałam się w stronę pokoju brata.
JEP! JEP! JEP!
Zapukałam grzecznie. Nic. Jeden solidny kopniak później, drzwi stanęły otworem, prezentując pusty pokój. No tak - kuchnia!
Pobiegłam przez korytarz, skręciłam i już miałam epicko zeskoczyć ze schodów, gdy moja prawa stopa natrafiła na bliżej nieokreśloną blokadę, która zablokowała część funkcji motorycznych mojego ciała... Niestety tylko tych dolnych partii, reszta, z głową na czele, dalej pędziła na spotkanie z czwartym od góry stopniem. Przynajmniej fizyka działa bez zarzutów, pomyślałam.
Instynktownie skuliłam się, chowając głowę między kolanami. Zrobiłam w sumie dwa fikołki i wylądowałam, niemalże na własnych stopach, u progu kuchni. Pomijając ból w kręgosłupie, nic mi nie było, a nawet wyszedł mi podwójny backflip! Jej! Nawet kiedy mi się nie udaje to jestem epicka! A może backfilp jest tylko do tyłu? Nie pamiętam…
Pojękując wstałam i spróbowałam się wyprostować, sukces. Potem sprawdziłam czy na pewno żyję. Chyba tak. Super. Co to ja miałam - A, tak!
- AVOCADO! DEBILU! – wrzasnęłam.
Z kuchni wyłonił się mój starszy, o dokładnie 27 minut, przyrodni brat bliźniak, ubrany w czarny podkoszulek i szare spodnie od piżam. W ręce trzymał karton soku pomarańczowego.
- Czy ty... Spadłaś ze schodów? - zapytał podnosząc do ust napój.
- Nie, ćwiczyłam atak z zaskoczenia... - odpowiedziałam sarkastycznie, po czym podeszłam i wyrwałam sok z jego rąk. Ku mojemu niezadowoleniu był pusty. – Znowu?! – na te słowa chłopak tylko wzruszył ramionami  z miną mówiącą: "Ja jestem niewinny" - Nieważne! Zamierzam cię teraz zabić! – dodałam.
- Ale za co?! - jęknął, odsuwając się o krok. W końcu, jak mawiał, nigdy nie wiadomo co mi do tego psychicznego łba strzeli.
- Chłopie! Jest godzina... - spojrzałam na wbudowany w szarosrebrną mikrofalówkę zegar. - 06:42! A ty puszczasz muzykę na cały regulator?! W ogóle skąd się wzięła wieża stereo w naszej kuchni?! Wiesz co? Nie chcę wiedzieć! Po prostu powiedz mi: CZEMU?!Czy ja ci coś zrobiłam?! Nie byłam dobrą siostrą?!
- Rain, sama kazałaś sie obudzić o tej godzinie i w taki sposób... - powiedział spokojnie.
- Co?! Ja bym nigdy w ży...
(FLASHBACK)
- Ej. Ej. Ej. Ej - Szeptałam, rytmicznie szturchając przy tym Avocado.
-Rain, jest druga w nocy, czego chcesz i po chuj szeptasz, skoro jesteśmy sami w pokoju? – Jęknął zaspany.
- Mógłbyś mnie obudzić za dwadzieścia siódma? – spytałam.
- Nie możesz se nastawić budzika w komórce? – odparł Avocado.
- Komórka jest w komisie, pamiętasz?
- No dobra… A teraz idź spać!
- Yhmm – zgodziłam się. - Tylko weź mnie obudź jakąś muzyką!
- Okej...
- O! AC/DC! – krzyknęłam podekscytowana.
- Idź cholero spać! – Warknął wkurwiony.
(KONIEC FLASHBACKA)
- Oł...
Avocado westchną i podszedł do lodówki.
- Jajka na śniadanie? - spytał.
- Nie, zjem se płatki - powiedziałam zrezygnowana.
- Nie ma mleka...
Shit. Westchnęłam i unieszczęśliwiona poczłapałam w stronę mojego pokoju.
- Idę do sklepu – oznajmiłam. - Chcesz coś?
- Dwa vifony – Mrukną.
- Dobra.
Z piosenką zbitą z moich ulubionych wulgaryzmów ubrałam się w stare, ciemne jeansy, ciemnoniebieska bluzkę i czerwoną, kraciastą koszulę, którą dorwałam ostatnio na przecenie. Następnie zeszłam na dół do przedpokoju, otworzyłam drzwi wejściowe i powoli wypełzłam z domu.
Słońce delikatnie ogrzewało moją twarz. Jego ciepłe, nieskrępowane chmurami promienie przywracały do życia zmęczoną długą zimą ziemię. Prawie cały śnieg dawno już stopniał. Ostały się tylko trzy zaspy i wychudzony bałwan, ubrany w ulubioną i chyba jedyną czapkę Avocado. Leżała tam z powodu zakładu. Nie pamiętam o co się założyliśmy, ale pamiętam, że brat przegrał i, dopóki nie stopnieje śnieg, musiał oddać bałwanowi swoje nakrycie głowy. Nie spodziewaliśmy się, że w końcu trafi się prawdziwa, solidna zima. Mówiłam mu, że nie musi jej "pożyczać" na cały okres mrozów, ale cóż, uparł się. Przez to chorował trzy razy w tym sezonie, raz całkiem poważnie. Wtedy naprawdę się o tego debila martwiłam, ale wyszedł z tego. W sumie to wychodziliśmy już z dużo gorszych... Nie! Nie myśl o tamtym! To już przeszłość.
Zachłysnęłam się wciąż chłodnym powietrzem. Czuć już było wiosnę.
- No wow, mamy koniec marca! - powiedział cichy, złośliwy głosik z mojej głowy, który ostatnimi czasy odzywał sie do mnie niepokojąco często.
- Hmm... Chyba sobie pobiegnę – powiedziałam.
- Wszak pusta przestrzeń przed domem musi wiedzieć.
Zmieniłam formę, pod poduszkami poczułam szorstką, przedgrudniową trawę. Najpierw ruszyłam truchtem, potem przyspieszyłam, ale nie przechodziłam do sprintu. Nie ma potrzeby się spieszyć...
Opuściłam na wpół dzikie obrzeża i zagłębiłam w tylko trochę bardziej cywilizowane uliczki miasta. Eternal Valley nie jest zwykłą mieściną, to jedno z niewielu miast zamieszkiwanych głównie przez ludzi, chociaż w mojej dzielnicy dużo łatwiej trafić na wilka. Albo złodzieja, a najczęściej po prostu na zwykłego dupka.
Zatrzymałam się przed niewielkim sklepem samoobsługowym, zmieniłam formę i dałam drobniaka Zenkowi, staremu pijaczkowi, któremu pozwoliliśmy przenocować największe mrozy w piwniczce, za to, że udało mu się naprawić zlew w kuchni.
- Dziękuje ślicznie pani kierowniczko! - powiedział na wpół trzeźwo.
- To na bułkę – zaznaczyłam. - Jak zobaczę cię z piwem albo z wódką, to odbiorę swój dług boleśnie i z odsetkami!
- Oczywiście! Oczywiście - pomruczał nieprzytomnie pod nosem. Ciekawe, czy na prawdę mnie posłucha...
Nacisnęłam klamkę i weszłam. Na wstępie, tradycyjnie pomyślałam o tym, jak tu jest brzydko. Ze wściekle zielonych ścian całymi płatami złaziła farba, odsłaniając brudnoszare cegły, a z wybrudzonych bliżej nieokreśloną substancja półek, na klientów smętnie patrzyły artykuły spożywczo-chemiczne. Niemal od razu skierowałam się w stronę stoiska z nabiałem, jednak po drodze zostałam chamsko potrącona...
- Ej ostrożnie! – warknęłam, a potem zobaczyłam te złote oczy...
Wilczyca! Nie widziałam jej tu przedtem. Wyglądała na tak zdenerwowaną, przez co w pierwszej chwili nawet mnie nie zauważyła.
Miała krótkie, czarne, kręcone włosy i skórę trochę ciemniejszą od mojej. Nosiła ciemnoczerwoną bluzę i jasne jeansy. Patrzyłam, jak rozpaczliwie próbuje złapać równowagę, balansując jedną stopą na przewróconym przeze mnie słoiku z ogórkami. W ostatniej chwili chwyciłam ją za ramię, dzięki czemu mogła spokojnie oprzeć drugą kończynę na podłodze.
Podniosła głowę i utkwiła we mnie swoje spojrzenie. Przez ułamek sekundy malowała się w nim irytacja, jednak błyskawicznie ustąpiła ona miejscu autentycznemu szokowi. Stała tak chwilę, gapiąc się na mnie.
- Nie ma za co... - sapnęłam i wyminęłam dziewczynę.
Podreptałam do sąsiedniej alejki, wzięłam z półki sok pomarańczowy, zapłaciłam i wyszłam ze sklepu. Rzuciłam jeszcze okiem na Zenka, spokojnie pałaszującego pszenną bułkę. A jednak!
Skierowałam się w stronę domu, nie uszłam jednak daleko... Bardziej wyczułam, niż usłyszałam zbliżającego się napastnika. Zrobiłam zgrabny unik, przed ciosem z wyprowadzonym z tyłu w mój lewy bok, po czym poświęciłam sekundę na zapoznanie się z przeciwnikiem, którym okazała się dziwna, nieznajoma wilczyca ze sklepu. Cóż, spodziewałabym się raczej kogoś innego.
Napastniczka nie czekała na mój ruch. Uniosła nogę i wyprowadziła kopnięcie. Złapałam jej kostkę, która niefortunnie dla niej znalazła się na wysokości mojej głowy, i przerzuciłam dziewczynę w bok, posyłając ją jednocześnie na bruk. Nie czekając na kontratak, zmieniłam formę i rzuciłam się w stronę jej głowy. Agresorka także przybrała dziką postać i teraz toczyłyśmy się po ciemnej uliczce.
W powietrze wzbijał się kurz i kępki sierści. W końcu udało mi wybić się z kłębowiska
naszych ciał. Stanęłyśmy na przeciwko siebie. Za moim grzbietem znajdowała się ściana, ale to ona krwawiła. Udało mi się zadrasnąć jej lewy policzek. Gdyby doszło do walki - wygrałabym. Mogła być ode mnie trochę silniejsza, jednak ja byłam dużo szybsza i zwinniejsza. Poza tym, ona była zwykłym wilkiem, a ja demonem.
Jednakże... Naprawdę nie miałam ochoty walczyć! Nie było nawet 10:30, a do tego nie jadłam śniadania! Nie będę się użerać z jakimiś... Co to w ogóle ma być?! Biały wilk w czerwone paski?! Ta cholera nie może być stąd! To musi być jakiś dziwny, egzotyczny, super agresywny gatunek, który pewnie przenosi dziewięć chorób wenerycznych i trzy rodzaje wścieklizny!
- Jaki masz problem?! - warknęłam pokazując rząd ostrych zębów.
Wilczyca nie odpowiedziała, ale również obnażyła kły. Przykucnęła i skoczyła. Wyglądało na to, że nie będę miała wyboru. Chyba że...
Zrobiłam unik w bok, po czym złapałam ją za kark i odrzuciłam w lewo, w stronę ogrodzenia z żelaznych prętów. Po wylądowaniu niemal natychmiast próbowała mnie dziabnąć, ale skorzystałam z mojej wrodzonej szybkości i wcisnęłam jej głowę pomiędzy pręty. Kratą zatrzęsło, usłyszałam znajomy zgrzyt metalu o metal. Jedna z trzech poziomych belek, podtrzymujących konstrukcje, spadła prosto na szyję wilczycy, powodując u niej nagły atak przyduszonego kaszlu. Pułapka doskonała! Wiem, bo sama tak się kiedyś zaklinowałam. Bez pomocy szybko się nie wydostanie!
- Okej! To może teraz powiesz mi, co ci kurwa odjebało?! - wysyczałam do jej ucha. Milczała, rzucając mi tylko nienawistne spojrzenie. - Rozumiesz w ogóle, co do ciebie mówię? Umiesz po naszemu?
Moje przesłuchanie przerwało pojawienie się trzeciego wilka. I czwartego. I piątego. I szóstego...  I wyglądało na to, że każdy z nowoprzybyłych miał do mnie interes. Świetnie... Po minie mojego zakładnika mogłam uznać, że też już miała do czynienia z tą bandą.
Hmm, pomyślmy... Szary wilk o brązowych oczach, w których tli się nienawiść - zapewne do mnie. Tak, to z pewnością chłopcy ze wschodniej watahy, wraz z Starem, ich kapitanem.
- Och... To ty!  - warknął, pokazując rząd żółtawobiałych zębów.
- Znasz przysłowie: "wróg mojego wroga, jest moim przyjacielem"? – szepnęłam się do ucha, spiętej jak struna, wilczycy. Pokiwała potwierdzająco głową. - Świetnie, bo to jest nasz wspólny wróg... - powiedziałam podnosząc żelazną belkę, tym samym oswobadzając dziewczynę. Nie zaatakowała mnie. Świetnie! Jest szansa, że do śniadania nie zranię się dotkliwie...
Najpierw ruszył stary basior z lewej, a tuż za nim ten brązowy z prawej. Skoczyłam na posiwiały łeb tego pierwszego, przygwożdżając go do betonu, po czym wybiłam się z niego wskakując na grzbiet następnego napastnika. Wilk był jednak na to przygotowany. Stanął na tylnych łapach i przyjął mój atak na klatkę piersiową. Dzięki sile pędu przewróciłam go i przycisnęłam do podłoża. No dobra, "przycisnęłam" to trochę za dużo powiedziane, bo zaraz role się odwróciły i to ja byłam na dole. Tylnymi łapami skopałam go z siebie, a kłami znów sprowadziłam do parteru. Później było jeszcze kilka takich zmian. Pewnie z boku musiało to wyglądać dość zabawnie, zwłaszcza, że agresor był ze dwa razy większy ode mnie.
W końcu nadeszła tura, w której się wkurzyłam i skupiłam się na zgromadzeniu dużych pokładów energii w przednich łapach.
Szybkim ruchem uderzyłam petenta w pierś, niemalże wbijając go w ziemię i skutecznie przytrzymując w miejscu. Wilk, kłapiąc zajadle szczęką, wysuwał szyję i odpychał mnie od siebie masywnymi kończynami.
Ten delikwent z pewnością był największym i najsilniejszym członkiem oddziału Stara. O wilku mowa! Kątem oka dostrzegłam jak szary basior bierze spory rozbieg, przymierzając się do tego, aby zrzucić mnie ze swojego podwładnego.
Hłe, hłe, hłe...
Momentalnie obniżyłam siłę w łapach do optymalnego poziomu, co oczywiście natychmiast wykorzystał mój przeciwnik, powalając mnie i zajmując "moje" miejsce w górowaniu.
Ciekawe, czy zauważył mój wredny uśmieszek, zanim został ze mnie zrzucony przez własnego przełożonego…  Star był prawie tak duży jak on, więc obaj turlali się dobry kawałek. Gdzieś w połowie drogi "dowótca" się zatrzymał, a jego prymus toczył się dalej, dopóki nie zatrzymała go betonowa ściana bloku mieszkalnego. Zatrzymała go oczywiście za głowę.
Mogłabym przysiąc, że budynkiem zatrzęsło... Ja i Star patrzyliśmy przez chwilę na wilka, chcąc upewnić się, czy będzie żył. Poruszył się, podniósł do pozycji siedzącej, po czym oberwał spadającą doniczką... I rzecz jasna upadł.
Poświeciłam krótką chwilę na kontemplację bezsensu takiego obrotu sprawy. Mój mózg, który nigdy jakoś nie miał objawów syndromu umysłu ścisłego, na szybko obliczył coś, co moja matematyczka nazwała "rachunkiem prawdopodobieństwa", i wyszło mu, że szansa na oberwanie doniczką w taki sposób wynosi jakieś jeden do miliarda... Doprawdy, poczułam się jak w jakiejś oldschool’owej kreskówce.
Po zakończeniu moich rozmyślań znów spojrzałam na prowodyra całej tej niedorzecznej sytuacji. Cóż, wyglądał jakby zobaczył ducha. Wpatrywał się we mnie przerażonymi oczyma, w których mogłam dojrzeć odbicie mojego szybko rosnącego, nieco maniakalnego uśmiechu.
- Sssssstaaar - zaśpiewałam cicho. - Gwiaaazdeczko mojaaa!
Wilk momentalnie zerwał się do ucieczki. Popędził wzdłuż ściany murku i zniknął w wybitej w nim dziurze. Słyszałam przytłumione warczenie starego basiora i donośne powarkiwanie młodej wilczycy.
Moja pasiasta wojowniczka sobie poradzi - pomyślałam i pobiegłam za oddalającym się Starem.
To była prosta droga. Zbliżałam się do mojego celu. Niemal czułam zapach jego potu, niemal miałam w ustach smak jego sierści, skóry i krwi. Prawie go dopadłam gdy...
SIĘ KURWA MAĆ WYWALIŁAM!!!
No na prostej drodze! Normalnie o powietrze się potknęłam! Przekoziołkowałam dwa metry i wydałam z siebie przytłumiony skrzek. Powoli podniosłam sie do pozycji siedzącej i energicznie potrząsnęłam głową żeby oprzytomnieć. W końcu stanęłam na cztery łapy. Już miałam wracać do pościgu, gdy do moich uszu dotarł wysoki, bolesny skowyt, z pewnością należący do białej wilczycy... Czyżby przegrała walkę? A może to niedoszły champion doszedł do siebie?
Popatrzyłam na oddalającego się Stara.
- Dorwę cię sukinsynu... Jak nie dziś to jutro, jak nie jutro to w najbliższej przyszłości - mruknęłam do siebie.
Zawróciłam i sprintem pokonałam odległość dzielącą mnie od zaułka, w którym jeszcze kilka chwil temu trwała zaciekła walka. Gdy tam dotarłam zobaczyłam leżącą, na szczęście przytomną, wilczycę i przyciskającego ją do betonu sporego, brązowego wilka z obficie krwawiącą głową - Championa. Po podsiwiałym staruchu nie było śladu...
Basior przymierzał się właśnie do rozerwania gardła swojej ofiary. W myśl zasady "wróg mojego wroga" skumulowałam energię w moich szczękach i wskoczyłam na plecy napastnika, po czym objęłam kłami jego kark.
Demoniczna siła zrobiła swoje i kręgi szyjne wilka roztrzaskały sie jak zapałki, przerywając ciągłość rdzenia i natychmiast uśmiercając wilka. Do moich uszu wdarł się rozdzierający, agonalny skowyt, a do ust wlał się potężny potok krwi. Jeszcze większy strumień spłynął w dół po mojej szyi i piersi.
Martwe ciało zwaliło się na bok, ciągnąc mnie ze sobą. Upadłam obok świeżego trupa, rozluźniając uścisk moich szczęk. Mięśnie ust bolały mnie jak diabli, wszak zmusiłam je do sporego wysiłku. Punktowa koncentracja siły była fajna, ale jej skutki nie należały do najprzyjemniejszych. Trochę więcej mocy, a przez tydzień nie mogłabym przerzuć nawet rozmoczonego chleba...
Podniosłam się do pozycji półleżącej i popatrzyłam na leżącą na ziemi waderę. Ona również na mnie spojrzała.
- Ej... - zaczęłam. - Żyjesz?
- Ja pierdolę... - mruknęła cicho, zamykając oczy.
- O, umiesz mówić – uśmiechnęłam się. Pasiasta znowu podniosła na mnie wzrok, wrogi i nieufny.
- Jesteś demonem? - spytała.
- Tak - odparłam.
- Yhmm – mruknęła. - Dlaczego mi pomogłaś? – spytała po chwili milczenia.
Patrzyłam na nią przez krótką chwilę, przetwarzając w mózgu to pytanie.
- Amm... Myślałam, że już to przerabiałyśmy? "Wróg mojego wroga" i takie tam...
- Mam na myśli teraz, przed chwilą - przerwała mi. - Nie musiałaś mnie ratować, mogłaś odejść, albo poczekać aż mnie wykończy... Dlaczego mi pomogłaś?
Zamrugałam kilkakrotnie, przetwarzając w mózgu TO pytanie.
- Eeee... Bo potrzebowałaś pomocy? - odpowiedziałam trochę cynicznie.
Wilczyca podniosła głowę i rozchyliła nieco wargi w niemym zdziwieniu graniczącym z szokiem. Chyba spodziewała się jakiejś innej odpowiedzi.
- Ale... Ale że jak? Tylko dlatego? Tak po prostu? - wydukała w końcu.
- Nooo... Tak. Wiesz, staram się być dobrą osobą
 - Ale nie zawsze ci wychodzi - dodał mój wredny, wewnętrzny głosik.
- Ale ja... Ugryzłam cię! I zaatakowałam!
- Taaak... - powiedziałam powoli. - I dalej jestem za to wkurwiona... Ale jak już mówiłam, staram się być względnie dobra, więc udajmy, że to się nigdy nie wydarzyło i zacznijmy od nowa, co? - dodałam entuzjastycznie.
W sumie, gdyby nie to, że ostatecznie pomogła mi w walce przeciwko gnojowi, którego nie cierpię i gdyby nie to, że jest ranna, z pewnością sama osobiście przerobiłabym ją na krwawe spaghetti, tak dla zasady, a poza tym... To ona jest całkiem ruchable!
 - Za każdym razem, kiedy wydaje mi się że osiągnęłaś już dno, zaczynasz kopać głębiej...
Zamknij się wredny, schizofreniczny głosiku z mojej głowy! Wiem, że myślisz tak samo i wiem, że też kręci cię ta piękna, egzotyczna i drapieżna pani! Chociaż pewnie i tak nie uda mi się nic ugrać...
- Ja jestem Black Rain. Nie musisz mi dziękować za uratowanie tyłka, nie ma za co! – powiedziałam, szczerząc zęby.
- Jestem Ketsui - odpowiedziała, z powrotem kładąc głowę na zakrwawionej ziemi. Jej oczy były szeroko otwarte i pełne zmieszania.
- Co ci? - spytałam w końcu. Zaczynałam wierzyć, że ta laska może być prawie tak samo pieprznięta jak ja.
- Nic - powiedziała zamykając oczy. - Chyba właśnie rozwaliłaś cały mój światopogląd...


  


 Notka Autorki:

Chciałabym z całego serca podziękować Rinkashi Meari, autorce bloga Ogarnąć Apokalipsę za pomoc i przede wszystkim za korektę. Życzę Ci dużo szczęścia, zdrowia i weny :)